ASPress - czasopisma pedagogiczne


ARCHIWUM WYDAŃ CYFROWYCH


Zbiór 52 felietonów poświęconych współczesnej Polsce, Polakom, polityce, roli telewizji i mediów we współczesnym świecie, globalizacji i konsekwencji wynikającej z naszego otwarcia na świat.
Wydanie w postaci pliku PDF
Cena 10 zł.
Zamów


Książka o podróżach, poznawaniu, odkrywaniu i podbijaniu świata, o pokonywaniu kolejnych horyzontów ludzkiego rozwoju. Ludzie wędrują od wieków, zawsze chcieli zobaczyć, co jest za kolejną rzeką, górą, morzem, za nowym horyzontem. Ta wędrówka pozwoliła najpierw poznać naszą planetę, a dziś już zaprowadziła człowieka poza granice Układu Słonecznego. Kim są ci, którzy zmieniają historię świata? Dlaczego Krzysztof Kolumb odkrył Amerykę, a Mikołaj Kopernik „poruszył” Ziemię?
Wydanie w postaci pliku PDF.
Cena 10 zł.
Zamów

Wydanie drukowane



Historia powstania  * Dane techniczne * Słynne rajdy * Rozwiązania konstrukcyjne

Pierwszy pojazd z napędem na obie osie skonstruowano w 1824 r. a więc ponad pól wieku wcześniej od samochódu. Jednak dopiero wojskowi amerykańskiej armii jako pierwsi chcieli mieć pojazd, który pojedzie każdą drogą, pokona głębokie rowy  i wyposażony będzie we wciągarkę, tak by mógł poruszać się w każdym terenie.
Cena 10 zł.
Zamów

Wydania specjalne "Geografii w Szkole"

2011

2010

2009

2008


Zamów


Ebooki 


Więcej

Jak zostałam rekonstruktorem?

Decyzja o wejściu w szeregi GRH była dużym wyzwaniem. Po pierwsze dlatego, że założyli ją, czyli grupę Żelazny Orzeł, mąż (Krzysztof) z synem (Andrzejem), co oznaczało włączenie nowego rodzaju działalności do życia rodzinnego. Po drugie, zastanawiałam się, jak zostanie to odebrane na uczelni, gdzie do tej pory nikt nie tylko nie zajmował się rekonstrukcją, ale tym bardziej nie był członkiem grupy rekonstrukcyjnej. Po trzecie, chodziło o II wojnę światową, lecz nie były to jednostki alianckie czy dokładniej polskie, a niemieckie.

Decyzja o zajęciu się odtworzeniem sił niemieckich była podyktowana jednak konkretną potrzebą odtwarzania przeciwników sił sojuszniczych. Poza tym, co w tym kontekście może dziwnie zabrzmieć, kierowaliśmy się patriotyzmem i szacunkiem dla ojczyzny. Okazało się bowiem, że w rejonie walk nad Bzurą w 1939 r. Niemcy nie odnosili wyłącznie sukcesów, ale i spektakularne porażki. Mało się jednak o tym wiedziało, nie było tych wiadomości w książkach do historii, a tymczasem rekonstruktorzy podejmowali już pierwsze próby „rekonstrukcji” polskiego września, zwłaszcza momentów zwycięskich dla Polaków. Ruch rekonstrukcyjny dopiero się rodził.
Odtwarzanie wydarzeń II wojny światowej było nowym wyzwaniem dla rekonstruktorów, którzy pragnęli przypomnieć bohaterstwo polskiego żołnierza z września 1939 r. Stosunkowo szybko pojawili się ci, którzy odtwarzali stronę polską, ale z nimi problem, że nie mieli z kim „walczyć”. Być na inscenizacji „Niemcem” – to nie było popularne, wręcz przeciwnie, stanowiło trudne wyzwanie. Narażało rekonstruktora na nieprzewidziane reakcje widzów, bo pamięć tamtych dni jest nadal silna w mentalności polskiego społeczeństwa. Organizatorzy inscenizacji poszukiwali jednak tych, którzy by odgrywali rolę przeciwników Polaków.
W 2003 r. zapadła decyzja, by zająć się odtwarzaniem działań strony niemieckiej i to konkretnie tych formacji, które walczyły nad Bzurą i które, co ważne, ponosiły porażki. Było to trudne wyzwanie ze względu na barierę psychologiczną, jak i z powodów całkiem prozaicznych: nie było dostępu do materiałów, które przedstawiałyby wygląd żołnierza niemieckiego walczącego w tym rejonie (…)
 
Jak zostałam rekonstruktorem?
Wejście do grona rekonstruktorów przyszło niespodziewanie dla mnie samej. Latem 2005 r. mąż i syn znów mieli wyjechać na kolejną inscenizację, jak zwykle na cały długi dzień. Była piękna pogoda. Nie chciałam znów czekać na nich w domu. Na „chybcika” zostałam przebrana. Z dzisiejszej perspektywy patrząc, mój strój, delikatnie mówiąc, nie był za bardzo zgodny z realiami. 
Z tego jednak zdałam sobie sprawę dopiero później. Samo uczestnictwo w inscenizacji, spotkanie z wieloma rekonstruktorami, było czymś nowym, ale bardzo interesującym. Chodziło mi jednak o pełną wierność stroju, w którym miałam występować. Wymyśliłam postać, którą chciałam odtwarzać. Była ona zupełnie niehistoryczna. Chodziło po prostu, aby była wpasowana w epokę (II wojna światowa), ale nie była postacią autentyczną. Wybór padł na Helgę z kultowego brytyjskiego serialu komediowego Allo, Allo. Była to postać pokazana z przymrużeniem oka i właśnie taką chciałam prezentować. W moim wydaniu też nie była to postać „na serio”. Raczej chodziło o zwrócenie uwagi, że kobiety też mogą uczestniczyć w inscenizacjach z II wojny. To się nie tylko udało, ale efekty przerosły moje oczekiwania. Już za rok pojawiły się rekonstruktorki podobnie ubrane, w kolejnym roku było ich jeszcze więcej.
 
Moje metamorfozy
Wymyśliłam kolejne „wcielenie”. Znając historyczne realia, wiedziałam, że sanitariuszki niemieckie działały poza linią frontu. Postanowiłam tym razem przypomnieć właśnie taką sanitariuszkę. Uczestniczyłabym w inscenizacjach, na dalszym planie. Moje stanowisko, czyli punkt opatrunkowy, był w oddaleniu od obszaru natężenia głównych „walk” rozgrywających się na polu rekonstrukcyjnym. Za rok, na kolejnych inscenizacjach pojawiło się już kilka sanitariuszek, w następnym całkiem spora grupa sanitariuszek wbiegała nawet na pole „działań bojowych”. Nie wszystkie rozumiały, że zachowują się ahistorycznie. Chodziło im głównie o pokazanie się.
Pożegnałam się zatem i z tą postacią. Pomyślałam o kolejnej, która nie powinna być tak łatwa do skopiowania. Postanowiłam być kobietą przechadzającą się pod rękę z niemieckim oficerem z II wojny światowej. Ciekawe były reakcje starszego pokolenia. Nie oddzielało ono historii od niekonwencjonalnego jej ukazywania w formie tzw. żywej historii. Często, zwłaszcza starsze panie, uświadamiały mnie, co „z takimi, jak ja robiono”. A zatem sukces: odgrywana postać była na tyle dobrze przedstawiona, że wywoływała odpowiednie skojarzenia z autentycznymi wydarzeniami z historii. Może nie było to przyjemne, ale przecież rekonstruktor jest po części również aktorem, który gra nie tylko pozytywne role.
Jednakże to role pozytywne przyciągają ludzką życzliwość, uśmiech, akceptację. Zaczęłam także odtwarzać role, również cywilne, strony polskiej. W tym samym stroju (moda poniekąd nie ma narodowości), ale grając polską mieszczkę uciekającą przed wojskami niemieckimi, zyskiwałam sympatię. Było to znacznie przyjemniejsze. A najwspanialszą postacią, którą bardzo polubiłam, była chłopka z chustką na głowie, koszem z warzywami czy bańką mleka.
Te moje metamorfozy odtwarzanych postaci z okresu II wojny światowej były po części związane ze zmianami w ruchu rekonstrukcyjnym. Stał się zjawiskiem szerokim i rozwarstwionym, nie wszyscy mieli należyty dystans do przeszłości, nie wszyscy umieli zachować się podczas inscenizacji, jak i po nich. Najważniejsza była w tym przypadku kwestia podejścia do munduru. Mundur dla tzw. strony polskiej jest przedmiotem dumy i można go nosić zarówno przed inscenizacją, jak i po jej zakończeniu. Natomiast mundur niemiecki powinien być noszony wyłącznie podczas inscenizacji, a nie przed nią (chyba że podczas prób), ani tym bardziej po jej zakończeniu. Nie wszyscy to jednak rozumieją. Tłumaczenie nie zawsze trafiało do rekonstruktorów. 

Nowy cel
Zarówno z tej przyczyny, jak i z uwagi na zbliżającą się setną rocznicę rozpoczęcia I wojny światowej nasza grupa wytyczyła sobie nowy cel. Tak zaczęliśmy naszą przygodę z inscenizacjami związanymi z Operacją Łódzką, trwającą od późnej jesieni do początków grudnia 1914 r. Oprócz mężczyzn odtwarzających żołnierzy armii pruskiej i rosyjskiej znalazło się również miejsce dla kobiet. Oczywiście znów nie na polu rekonstrukcyjnym (placu boju), ale w pobliżu. Ich rolą było przede wszystkim zwrócenie uwagi na klimat minionych lat. Panie w pięknych strojach z belle époque mogły być i były atrakcją przyciągającą widzów.
Kreacje dla pań były odtwarzane wiernie z dawnych fotografii, żurnali mód, obrazów. Inspiracją były też wizyty w muzeach i materiały zamieszczane w Internecie. Na ogół byłyśmy postaciami niezwiązanymi z konkretnymi osobami, choć zdarzały się przypadki, gdzie trzeba było „zagrać” jakąś osobę konkretną lub nie konkretną, ale ściśle związana z wydarzeniami. Należało zatem jak najdokładniej tę postać odtworzyć łącznie z noszoną biżuterią, sposobem upięcia włosów, rodzajem kwiatów na kapeluszu itd. Tak było np. na terenie Skansenu Rzeki Pilicy, w którym inscenizowany był w 2012 r. przyjazd carskiej pary do wód z roku 1901, gdzie „byłam” carycą Marią Fiodorowną. „Byłam” też dziedziczką błogosławiącą powstańców wyruszających do boju w 1963 r. (2013) i kuracjuszką w inscenizacji przypominającej zabiegi lecznicze w latach 70–80. XIX w. u tzw. Niebieskich Źródeł rzeki Pilicy (2015). A także matką, Antoniną z Kupczyńskich, młodego Władysława Reymonta z roku 1897 (2015).

Docenienie
Zagłębialiśmy się w zapomniane karty regionalnej historii. Nasza wiedza, a także umiejętności – przez różnego rodzaju inscenizacje, prelekcje, referaty na konferencjach naukowych, publikacje książkowe, lekcje tzw. żywej historii czy udział w piknikach historycznych, kolejnych edycjach Nocy Muzeów tudzież wystawy tematyczne – docierały do coraz szerszych kręgów odbiorców. Staliśmy się grupą, której udział w inscenizacjach był tylko częścią działalności. To propagowanie wiedzy historycznej na spotkaniach z młodzieżą szkolną i mieszkańcami wysunęło się na plan pierwszy. Doskonałym przykładem były organizowane przez nas w 2014 r. wystawy dotyczące Operacji Łódzkiej 1914. Jedna odbyła się w Muzeum Tradycji Niepodległościowych w Łodzi, a druga na dworcu kolejowym w Głownie. Zostaliśmy także zaproszeni do udziału w realizacji filmu 1914. Zanim opadły liście w reżyserii Pawła Siedlika, dotyczącego walk na froncie wschodnim podczas I wojny światowej. Współpraca z reżyserem zaowocowała także jego prelekcją w Oddziale Łódzkim PTH. W efekcie nasza pasja stałą się czymś więcej niż tylko hobby, była też zobowiązaniem. Zostało to docenione. 
W marcu 2015 r. GRH Żelazny Orzeł otrzymała zaszczytne wyróżnienie, jakim jest medal „Pro Publico Bono”. To nie wyróżnienie, to też odpowiedzialność za przyszłe działania. Członkowie naszej grupy są z niego bardzo dumni.
Więcej przeczytacie w artykule Jolanty A. Daszyńskiej „Rekonstrukcje historyczne z perspektywy rekonstruktora” w najnowszym wydaniu (2/2017) „Wiadomości Historycznych”.