ASPress - czasopisma pedagogiczne


ARCHIWUM WYDAŃ CYFROWYCH
       
Język Niemiecki



Wydania z lat 2009-2016 dostepne są w wersji elektronicznej jako pliki PDF. Są one identyczne z wersjami drukowanymi. Jednakże nie zawierają materiałów, które były na płytach CD/DVD dołączanych do niektórych wydań drukowanych.
W wersji drukowanej dostepne jest tylko jedno wydanie - 3/2016.
Więcej


Zbiór 52 felietonów poświęconych współczesnej Polsce, Polakom, polityce, roli telewizji i mediów we współczesnym świecie, globalizacji i konsekwencji wynikającej z naszego otwarcia na świat.
Wydanie w postaci pliku PDF
Cena 10 zł.
Zamów


Książka o podróżach, poznawaniu, odkrywaniu i podbijaniu świata, o pokonywaniu kolejnych horyzontów ludzkiego rozwoju. Ludzie wędrują od wieków, zawsze chcieli zobaczyć, co jest za kolejną rzeką, górą, morzem, za nowym horyzontem. Ta wędrówka pozwoliła najpierw poznać naszą planetę, a dziś już zaprowadziła człowieka poza granice Układu Słonecznego. Kim są ci, którzy zmieniają historię świata? Dlaczego Krzysztof Kolumb odkrył Amerykę, a Mikołaj Kopernik „poruszył” Ziemię?
Wydanie w postaci pliku PDF.
Cena 10 zł.
Zamów

Wydanie drukowane



Historia powstania  * Dane techniczne * Słynne rajdy * Rozwiązania konstrukcyjne

Pierwszy pojazd z napędem na obie osie skonstruowano w 1824 r. a więc ponad pól wieku wcześniej od samochódu. Jednak dopiero wojskowi amerykańskiej armii jako pierwsi chcieli mieć pojazd, który pojedzie każdą drogą, pokona głębokie rowy  i wyposażony będzie we wciągarkę, tak by mógł poruszać się w każdym terenie.
Cena 10 zł.
Zamów

Wydania specjalne "Geografii w Szkole"

2011

2010

2009

2008


Cena kompletu wydań 50 zł
Cena jednego wydania 10 zł
Zamów



Nowość!


Więcej

Artykuły z Wiadomości Historycznych

Poczet królów polskich Adama Jana Warakomskiego 


Księgi silva rerum były i są skarbnicą wiedzy – w przeszłości dla danej rodziny szlacheckiej, do której księga należała, obecnie dla historyków, kulturoznawców, etnologów, historyków literatury. Jedną z wciąż mało znanych rodowych ksiąg jest sylwa Warakomskiego.

Biografia Adama Jana Warakomskiego kryje w sobie wiele tajemnic. Odszukane do tej pory informacje na jego temat są bardzo skromne. Postać ta znana jest tylko z autorstwa Sylwy starosty nowodworskiego Adama Jana Warakomskiego. Dzieło to pochodzi z lat 1738–1743. Wiek XVIII jest charakterystycznym okresem, w którym licznie tworzono domowe księgi silva rerum. Każdy pan domu mógł spisywać księgę. Jeśli ich autorzy nie zapisali kart swojego dzieła wzmiankami autobiograficznymi, często nie można o nich zbyt wiele powiedzieć.

Księga silva rerum Warakomskiego została spisana jako dar dla jego wnuków. Stąd znajdziemy w niej wiele informacji ich dotyczących. Autor jednak siebie otacza tajemnicą i nie pozostawia wielu informacji ze swojego życia na kartach sylwy. Wiadomo, że Warakomski sprawował dwie ważne funkcje: od 16 czerwca 1711 r. był rotmistrzem województwa wileńskiego oraz 4 października 1732 r. objął urząd starosty Nowegodworu. Dlatego też w wielu miejscach sylwy znajduje się jego tytuł: „starosta nowodworski”. Wśród niewielu wzmianek autobiograficznych zamieszczonych w księdze Warakomski pozostawił na karcie tytułowej niezwykle ciekawy szkic. Rysunek przedstawia herb autora – Abdank. Herb narysowany przez Warakomskiego zgadza się z wersją zamieszczoną w herbarzach.

Jeśli chodzi o życie prywatne autora, to 14 maja 1711 r. Adam Warakomski ożenił się z Elżbietą Jurewiczówną (był to jej drugi mąż). Warakomski pochodził z Radzymina, natomiast Nowydwór objął w opiekę po krewnych małżonki. Na karcie tytułowej sylwy znajdujemy dedykację, która wskazuje, że autor miał córkę Mariannę Beatę (która wyszła za mąż za Jakuba Kłanickiego) oraz sześcioro wnucząt, dla których dziadek spisał ową księgę silva rerum.           

Co kryje księga?         

Sylwy to dzieła, które zawierały różnorodne treści. Dlaczego więc Adam Warakomski spisał w swojej księdze właśnie historię Polski? Odpowiedź znajduje się w mowie zatytułowanej Apologijka, pro cujus vis crisi krotka, która rozpoczyna część historyczną sylwy. Autor zaznacza, że jest świadomy tego, że nie jest pierwszym podejmującym wyzwanie spisania wszystkich władców polskich w jednym dziele. Twierdzi, że wiele czytał i pragnie zgromadzić zdobytą dotychczas wiedzę w swoim manuskrypcie.

Warakomski, jako że był narodowości polskiej, z myślą o Polakach zebrał w całość uzyskane informacje i stworzył kompendium wiedzy dla przyszłych pokoleń. Księga miała na celu zaspokajanie ciekawości młodych ludzi.

Część dotycząca historii Polski zawiera chronologiczny spis książąt i królów zasiadających na tronie polskim, od początku istnienia państwa do czasów życia autora. Opis każdej postaci zawiera krótką notatkę biograficzną, przypominającą zapis encyklopedyczny z najważniejszymi datami z jej życia. Autor przestrzegał umieszczania daty koronacji króla bądź roku objęcia władzy w przypadku panującego. Prócz datacji Warakomski konsekwentnie wyjaśniał powiązania genealogiczne prezentowanej postaci, najczęściej sięgając do drugiego pokolenia. Dalszy opis zawierał informacje z życia osobistego władców, społecznego, kulturalnego, a najczęściej politycznego. Charakterystyki były bardzo krótkie w porównaniu z wielostronicowymi opisami zawartymi w dziełach polskich kronikarzy, takich jak Jan Długosz lub Marcin Kromer.

Najciekawszym dodatkiem umieszczanym w opisach władców i królów Polski był krótki epigramat – zazwyczaj cztero- lub pięciowersowy rymowany utwór. Wierszyki spisywane były w środku lub na końcu charakterystyki. Memoriały – jak zaznaczał Warakomski – spisane w języku polskim lub łacińskim mają bardzo różnorodną tematykę. Najczęściej dotyczą jednego faktu z życia postaci i są nacechowane krytycznymi bądź wyszydzającymi uwagami autora sylwy. Pierwszym władcą, któremu starosta nowodworski zadedykował wierszyk, jest książę Krakus, natomiast na najdłuższy epigramat zasłużył Jan III Sobieski.

Dzieje bajeczne Polski

W dziele Warakomskiego Chronologiczny spis monarchów Polski sięga do legendarnego założyciela państwa – Lecha I. Władca ten dał początek Polsce. Innym znanym władcą jest Krakus. Autor sylwy zaznacza, że książę był narodowości czeskiej, natomiast inni kronikarze uważają, że polskiej. Kolejną ciekawą postacią jest córka Krakusa – księżniczka Wanda. Zapisała się w legendach z powodu odrzucenia propozycji małżeństwa złożonej przez księcia niemieckiego Rytygiera. Swoją czystości pragnęła ofiarować bogom. Księżniczka zakończyła życie, skacząc do Wisły. Warakomski dodał memoriał do opisu Wandy, w którym stwierdza, że księżniczka była poganką, „a czystość bogom poślubiła”. Następny epigramat dodany do opisu rządów dwunastu wojewodów ma drwiący ton. Charakteryzuje okres rozpusty wojewodów i naiwność Polaków:

Mądry Polak po szkodzie, w przypowieściach kładą

Wtedy stajnie zamyka, konie jak wykradną

A z wojewodów gorzkiej zapomniawszy szkody

Na co jeszcze czynicie, z obór wołowody.

Książę Popiel również jest przykładem potwierdzającym negatywne opinie prezentowanej postaci. Władca ten to zdaniem Warakomskiego „wierutny Sardanapal, leżuch i gbur sprośny, lustra nie miał żadnego cnót, oprócz gracji, iż tylko włosy na głowie ozdobą były kędzierzawe”.

W opisie Piasta znajdujemy legendę dotyczącą objęcia przez niego władzy. Historia dotyczy ubogiego gospodarza, który był nadzwyczaj bogatym duchowo człowiekiem. Jego szczera gościnność sprawiała, że każdy pielgrzym, który zapukał do jego drzwi, nie odszedł bez poczęstunku. Pewnego dnia do jego chaty zapukali dwaj wędrowcy, którzy byli posłańcami od Boga. Gospodarz ugościł mężczyzn, a ci, odchodząc, wywróżyli mu, że zostanie wybrany na władcę państwa. Według legendy ubogi gospodarz zasiadł na tronie jako Piast, mieszczanin kruszwicki. Opowieść ta zawarta jest również w innych źródłach. Jednak tylko Warakomski „odważył się” przedstawić w swoim dziele własne spojrzenie na tę historię. Zdaniem autora mężczyźni nie byli wysłannikami od Boga, lecz „ruską świtą”, która poszukiwała nowego elektora. Czasy były bardzo ciężkie, ludzie byli wrogo do siebie nastawieni. Mężczyzna był na tyle dobrym człowiekiem, że zaprosił na ucztę nieznajomych. Warakomski twierdzi, że poczęstunkowi towarzyszyło „piwo i gorzałka”, więc tak dobrze ugoszczona świta odwdzięczyła się dobremu człowiekowi, darując mu tron. Piast zaś odurzony napojami alkoholowymi uznał wędrowców za wysłanników Boga.

Dynastia Piastów

Charakterystyka władców z dynastii Piastów jest bardzo podobna do opisów kronikarzy polskich. Adam Warakomski dodaje oczywiście swoje cenne oceny, aby przyszłe pokolenia miały możliwość czerpania wiedzy ujętej w różnych kontekstach.

Niezwykle ciekawa jest charakterystyka Kazimierza I. Większość źródeł skupia uwagę na zrelacjonowaniu wygnania tego władcy i jego matki poza granice państwa. Autor sylwy oczywiście wspomina o tym zajściu, jednak koncentruje się na wstąpieniu księcia do klasztoru benedyktynów. Warakomski zaznacza, że był to przełomowy moment w życiu przyszłego monarchy. Kazimierz, kiedy objął tron w 1041 r., zyskał szacunek poddanych jako były mnich. Na jego cześć zapanowała nowa moda, wzorowana na benedyktyńskich mnichach: „Polacy głowy sobie golili i czupryny na obyczaj benedyktyński strzyc okrągłe, brody także, gdyż przedtem podobnie jak Czesi nosili, […] Piastowie podobnie przepasania weselne tuwalniami na sobie nosić zaczęli, zwyczaj ten od szlachty do prostoty, jakiej przestrzegano na dworskich nawet mariażach”. Wątek ubioru jest dotąd nieznany, nie pojawia się w żadnym opisie prezentowanym przez innych historiografów.

Podobna prezentacja mody zamieszczona jest w życiorysie Ludwika Węgierskiego. Trend dotyczy zdobienia szabli. Do XIV wieku szlachta nie przywiązywała wagi do ich wyglądu, jednak od czasu objęcia rządów przez Ludwika Węgierskiego magnaci podróżujący na Węgry zaczerpnęli od tamtejszego społeczeństwa przywiązanie i szacunek do szabli. Zaczęto je oprawiać w złoto i srebro, przyczepiać do nich serpentyny i wstążki oraz zdobić je grawerami. Z kolei charakterystyka Augusta II i Augusta III przedstawia kobiecą modę. Warakomski pisze, że suknie pań były tak szerokie, że w ławce kościelnej mieściły się tylko trzy damy.

W notce biograficznej Bolesława Śmiałego również możemy przeczytać informację, której nie znajdziemy w innych źródłach. Warakomski przytacza historię św. Stanisława. Król skazał biskupa Stanisława za zdradę, karą było zgładzenie. Źródła podają, że w wyniku powstania król zmuszony był opuścić kraj i udał się na Węgry, a po dwóch latach tam zmarł. Natomiast autor sylwy sądzi, że Bolesław uciekł z kraju, a w wyniku kary do końca życia pracował w kuchni (…)

Opis dynastii Piastów Adam Warakomski kończy bardzo długim życiorysem Kazimierza Wielkiego. Został on ukazany jako wielki budowniczy, architekt oraz ekonom; wysławiany i chwalony przez autora sylwy. Korzystając z przedstawienia dokonań Kazimierza Wielkiego i niezmiernie dobrej sytuacji kraju w okresie sprawowania przez niego rządów, Warakomski w negatywnym świetle przedstawia szlachtę. Według niego wykorzystywała ona równowagę ekonomiczną kraju i zamiast gromadzić się na sejmikach w celu podejmowania uchwał, hucznie biesiadowała, piła alkoholowe trunki i trwoniła pieniądze państwa (…)

Więcej przeczytacie w artykule Małgorzaty Kazanieckiej „Poczet królów polskich Adama Jana Warakomskiego” w najnowszym wydaniu (3/2016) „Wiadomości Historycznych”.


Spory władzy o władzę

 
Konieczność badania relacji między poszczególnymi aktami prawnymi zarówno równoważnych, jak i zgodnych z aktami prawnymi wyższego rzędu jest niezbędna, by każde państwo zachowało spójność i czytelność prawa.  

        Zagadnienie to było jednak zawsze niezwykle skomplikowanym zagadnieniem. Problem badania tych relacji pojawił się w pismach Johna Locke’a (1632–1704) i Monteskiusza (1689–1755). Ich zdaniem konieczna była zasada rozdzielenia poszczególnych gałęzi władzy państwowej od siebie. Monteskiusz podzielił ją na trzy gałęzie: ustawodawczą, wykonawczą, sądowniczą.
Zgodnie z art. 4 polskiej konstytucji naród sprawuje władzę zwierzchnią przez swych przedstawicieli. O ile przedstawicieli władzy ustawodawczej (Sejm i Senat) oraz część władzy wykonawczej (Prezydenta) powołuje się za pomocą wyborów, to pozostała część władzy wykonawczej (rząd) oraz władza sądownicza wybierana jest w sposób pośredni (kontrolę nad władzą sądowniczą sprawuje Minister Sprawiedliwości).  Monteskiuszowskim założeniem była równowaga poszczególnych gałęzi władzy, niemniej w historii pojęcie owej „równowagi”  zawsze budziło spory.
W Stanach Zjednoczonych kontrolę nad zgodnością poszczególnych ustaw z konstytucją sprawuje Sąd Najwyższy. Instytucja ta istnieje od 1790 roku. Pierwotnie Sąd Najwyższy składał sie z 3 sędziów, lecz kiedy w XIX wieku kraj przeżywał gwałtowny rozwój demograficzny i terytorialny, postanowiono (gdyż konstytucja nie precyzowała tego zagadnienia) zwiększyć ich liczbę do 9. Sędziów Sądu Najwyższego powołuje Prezydent, każdorazowa kandydatura musi być następnie zaakceptowana przez Senat.  Kadencja sędziów Sądu Najwyższego jest dożywotnia, w praktyce jednak gdy wiek lub stan zdrowia uniemożliwia sprawowanie funkcji sędziego, istnieje możliwość dobrowolnego przejścia w stan spoczynku.
Takie uregulowanie ma zapewnić niezawisłość sędziów i uwolnić ich od jakichkolwiek presji politycznych. Powolna wymiana pokoleniowa sędziów ma odzwierciedlać stopniowe zmiany ideałów żywionych przez amerykańskie społeczeństwo. I tak Sąd Najwyższy wydał kilka decyzji, które zmieniły oblicze prawne USA (np. dopiero w 1967 roku zezwolił na zawieranie małżeństw między białymi i czarnoskórymi Amerykanami czy dopiero w 2003 roku zniesiono powszechną penalizację stosunków homoseksualnych). 
Kolejni prezydenci mieli zwyczaj powoływać sędziów podzielających wyznawany przez nich system wartości. Dzięki czemu po powołaniu Soni Sotomayor i Eleny Kagan przez Baracka Obamę możliwe było (mimo obecności sędziów powołanych jeszcze przez Ronalda Reagana) federalne uregulowanie możliwości zawarcia małżeństw homoseksualnych.
W przeszłości zdarzały się jednak sytuacje, kiedy wymiana sędziów następowała zdaniem polityków zbyt ospale, przez co nie można było wprowadzić najbardziej radykalnych reform społecznych. Jednym z najbardziej znanych przykładów było uznanie za niekonstytucyjne w latach 30. XX wieku przez Sąd Najwyższy kilku sztandarowych ustaw wchodzących w skład tzw. nowego ładu (za niekonstytucyjne uznano próby regulowania cen czy pensji minimalnej). Prezydent Franklin Delano Roosevelt, nie mogąc realizować swej interwencjonistycznej polityki, usiłował przeforsować projekt zakładający zwiększenie składu sędziowskiego do 18 sędziów. Propozycja ta została jednak odrzucona przez Kongres. Ostatecznie po rezygnacji sędziego Willisa Van Devantera Roosevelt powołał sympatyzującego z nim prawnika Hugo Blacka, co zapobiegło uznaniu za niekonstytucyjne kolejnych regulacji tyczących się wynagrodzenia czy czasu pracy.
Dyskusja o tym, czyją kompetencją jest obrona konstytucji, toczyła się również w weimarskich Niemczech. Odmienne poglądy wyrazili zwolennik decyzjonizmu Carl Schmitt i normatywista Hans Kelsen. Pierwszy z nich w pracach Nauka o Konstytucji, Der Hüter der Verfassung i Legalität und Legitimität wyraził pogląd, że konstytucja jest suwerenem, a obowiązek jej strzeżenia spoczywać powinien na prezydencie, który jako osoba mająca zarówno silny mandat społeczny, jak i narzędzia w postaci władzy zwierzchniej nad policją i wojskiem powinien być w stanie wyegzekwować przestrzeganie konstytucji.
Zupełnie odmienne stanowisko prezentował Kelsen. Wychodząc od monteskiuszowskiej zasady podziału władzy, założył, że jedynie niezależne od nacisków politycznych (charakteryzujących się zawsze tymczasowością) sądownictwo jest w stanie zapewnić rzetelne zbadanie relacji ustaw z konstytucją.
Dziś dyskusja o relacjach między władzą wykonawczą a sądownictwem konstytucyjnym toczy się w  kilku krajach. Ostatnie zmiany regulacji w prawnych w Polsce i na Węgrzech (gdzie m.in. uzależniono ustawowo możliwość orzekania przez Trybunał od sytuacji gospodarczej kraju) czy w Belgii (gdzie główną zmianą była nazwa z Sądu Arbitrażowego na Sąd Konstytucyjny) pokazują, że problematyka wzajemnych relacji i podziału władz pozostaje aktualna. 

Mateusz Maleszka „Wiadomości Historyczne” 1/2016 

 

Rekonstrukcja historyczna: hobby, pasja, komercja?

 

Pojęcie „rekonstrukcja historyczna” jest bardzo złożone. Powszechnie używa się go do określenia organizowanych widowisk historycznych, które najczęściej przypominają jakąś wielką bitwę lub znany fakt z historii, na ogół związany z konkretnym miejscem wydarzenia. Widowiska te z reguły mają charakter batalistyczny, są dynamiczne i przyciągają bardzo wielu widzów. Jednakże nazwa „rekonstrukcja historyczna”, która do nich przylgnęła, nie jest adekwatna (...)
 
Historia rekonstrukcji
Potrzeba przypominania militarnych sukcesów była znana już w starożytnym Rzymie. Sławę Imperium rozgłaszano m.in. podczas walk gladiatorów, którzy wcale nie na niby, tylko na śmierć i życie odgrywali bitwy przed zgromadzonymi tłumnie Rzymianami.
W średniowieczu pewną formą rekonstrukcji były turnieje rycerskie. W nich nie chodziło już o odniesienia do spektakularnych wydarzeń z przeszłości. Tam najważniejsze były odwaga, sprawność i męstwo rycerza. Epoka nowożytna nie odwróciła się od tych nawiązań do przeszłości.
Prym wiodła Wielka Brytania, największe imperium ówczesnego świata. Jej również potrzebne były „żywe” obrazy, przede wszystkim ukazujące sukcesy brytyjskie. Imperium miało powody do dumy i chciało je upowszechniać. Szczególne upodobanie do odgrywania scen batalistycznych miał Lord Buckingham, który na terenie swej rezydencji organizował widowiska historyczno-batalistyczne, tak lądowe, jak i na wodzie. W okresie wojen napoleońskich w Hyde Parku odgrywano wielkie bitwy dla mieszkańców Londynu. Rekonstrukcje marynistyczne są nadal tym, co Brytyjczyków niezmiennie cieszy. 
Lata 60. XIX wieku przyniosły zainteresowanie bitwami, które świadczyły o wielkości i sile państwa. I tak w Wielkiej Brytanii najchętniej przypominano o pokonaniu Napoleona. W Stanach Zjednoczonych Ameryki już w czasie toczącej się wojny secesyjnej wojska Unii „rekonstruowały” zwycięstwa nad konfederatami.
W sto lat później rocznicowo przypominano o największych wydarzeniach wojny secesyjnej. To wtedy idea rekonstrukcji stała się niezwykle popularna. Wcześniej, bo w latach 20. XX wieku, pojawiła się w Rosji. Zwłaszcza nowa, proletariacka władza chciała utrwalenia pewnych spektakularnych wydarzeń, jak na przykład szturm na Pałac Zimowy. „Autentyczny” film, który przez lata uchodził za dokument z epoki, okazał się li tylko rekonstrukcją tamtych wydarzeń.
W Polsce „władzy ludowej” bezpieczne były odniesienia do czasów dalekich, niezwiązanych ideologicznie. Dlatego postawiono na rycerstwo. Turnieje i pokazy rycerskie były przeznaczone dla masowego odbiorcy. Były kolorowe, dynamiczne i co ważniejsze, apolityczne. 
Transformacja przyniosła zmiany również w dziedzinie rekonstrukcji historycznej. Oprócz rozwoju grup odtwarzających średniowieczne rycerstwo zaczęły powstawać grupy, które zajmowały się innymi epokami historycznymi. Zatem pojawiły się formacje napoleońskie, z września 1939 roku, wkrótce i inne. Nastąpił zalew grup rekonstrukcji historycznych, które powstawały w różnych częściach kraju. Na ogół były związane z historią regionalną. 
W miarę coraz większej popularności zjawiska rekonstrukcji zaczęły powstawać grupy zajmujące się i coraz dawniejszymi czasami, i tymi niemal współczesnymi. Wynikało to z zainteresowań i pasji ich założycieli. Jedne grupy powstawały i prowadziły dalej swą działalność, inne były efemerydami. Grupy rozrastały się pod względem liczby członków, co w większości przypadków skutkowało rozdziałem na osobne, nowo tworzone grupy rekonstrukcyjne. Jak pokazała praktyka, nie przetrwały one długo. Do istnienia grupy potrzebna jest bowiem pasja i wiedza, a nie tylko chęć zaistnienia i negacji działań grupy macierzystej. 
 
Bohater – rekonstruktor
 Przejdźmy zatem do tych, którzy zajmują się rekonstrukcją historyczną. Uczestników biorących udział w inscenizacjach zwykło nazywać się rekonstruktorami. Jest to o tyle słuszne, że człowiek taki ma na sobie faktycznie zrekonstruowany strój/mundur, posługuje się sprzętami „z epoki”, ma odpowiedni wygląd (fryzura, zarost). Wykluczone są nowoczesne ozdoby (typu kolczyki w nosie, wardze, stałe aparaty ortodontyczne, zegarki, telefony komórkowe, współczesna biżuteria itp.). Ludzie ci należą do wybranej przez siebie, jednej z konkretnych Grup Rekonstrukcji Historycznej (GRH) bądź Stowarzyszeń Rekonstrukcji Historycznej (SRH).
 
 Najogólniej rzecz ujmując, rekonstruktorzy to ludzie z pasją, zrzeszeni w grupach rekonstrukcyjnych albo działający indywidualnie. To, co robią, stanowi ich pasję i hobby. Temu poświęcają swój wolny czas i zaangażowanie. Rekonstruktorami są i młodzi, i starsi.
W przypadku osób niepełnoletnich jest wymagana zgoda rodziców, a najczęściej są to dzieci rekonstruktorów biorące udział w inscenizacjach z rodzicami. Pod względem zawodowym nie ma żadnych ograniczeń, bywało nawet, że w rekonstrukcji brali udział księża, powodując zawsze konsternację co do tego, czy jest to prawdziwy ksiądz czy przebrany rekonstruktor. W grupach rekonstrukcyjnych biorą udział także kobiety. Początkowo było ich mało, gdyż pierwsze rekonstrukcje miały z reguły charakter batalistyczny. W miarę rozwoju tego zjawiska, powstawania nowych grup zaczęły pojawiać się w nich również kobiety, ba! istnieją także grupy tylko żeńskie, zajmujące się m.in. prezentacją strojów z epoki.
 
Wstępując do wybranej przez siebie grupy tematycznej, rekonstruktorzy chcą działać z ludźmi już w tej grupie będącymi. Chcą jeździć na inscenizacje i uczestniczyć w nich. Mają świadomość, że będą występować przed publicznością, że będą oglądani. Dla niektórych jest to najistotniejsza część udziału w grupie rekonstrukcyjnej. Z dumą pokazują fotki lub filmiki ze swoim udziałem. To jednak nie są prawdziwi rekonstruktorzy. Ci bowiem chcą nie tylko grać, ale i coś sobą zaprezentować. Zdobywają i poszerzają więc wiedzę na temat epoki, którą, jak się to określa w języku rekonstrukcyjnym, odtwarzają. Dbają o detale swojego umundurowania, stroju. Umieją opowiedzieć nie tylko o tym, ale i o kontekście historycznym.
Warto się zastanowić, co skłania różnych ludzi do tego, by stać się rekonstruktorem. Powodów może być kilka. Na pewno chodzi o zaspokojenia pasji. Nie chodzi o samo posiadanie munduru czy artefaktu z epoki, ale o zaprezentowanie siebie w grupie, w akcji, w działaniu.  Mundur w szafie, wyjmowany tylko, aby sobie go ponosić, nie oznacza, że stajemy się rekonstruktorem. Nawet gdy ten mundur zrekonstruowany jest perfekcyjnie… Co więc musi zrobić rekonstruktor? Musi założyć ten mundur i pojawić się w miejscu do tego przeznaczonym, czyli najogólniej mówiąc: na tzw. rekonstrukcji historycznej. 
Czy to wystarcza? Nie. Musi jeszcze w nim odegrać swoją rolę, np. pozorować walkę, znać, rozumieć i wykonywać komendy, wiedzieć, o co w tym wszystkim chodzi. Musi wiedzieć, w czym uczestniczy i jaką ma rolę. I to zbliża go idealnie do angielskiego pojęcia reenactment, co można przetłumaczyć jako odgrywanie przeszłości (re – czyli ponowne, act – odegranie). Zatem rekonstruktor (ang. reeneactor) to odtwórca roli z w spektaklu o przeszłości. Ma on zagrać swą rolę, czyli zaprezentować się przed publicznością. Występowanie przed widzami jest warunkiem podstawowym. Rekonstruktor musi własną pasję nie tylko przekazać, ale przez swoje działanie przyciągnąć uwagę odbiorców i promować, w tak niekonwencjonalny sposób, wiedzę historyczną. 
Nasuwa się pytanie: czy są jakieś wymagania co do rekonstruktorów, jakieś kryteria przyjęcia do GRH? Najogólniej rzecz ujmując, regulują to statuty lub wewnętrzne regulaminy obowiązujące w grupach. Jednakże zbyt ograniczających rygorów nie ma, zatem można uznać, że właściwie każdy, kto chce uczestniczyć w rekonstrukcjach, ma do tego prawo. Z jednej strony to bardzo dobrze, bo jest przecież demokracja, ale z drugiej jakieś logiczne kryteria powinny być brane pod uwagę. Mam tu na myśli przede wszystkim zdrowie psychiczne. Nikt w żadnej grupie nie wymaga od kandydata okazania świadectwa lekarskiego, a zwłaszcza potwierdzającego jego „normalność”. A tymczasem w wielu rekonstrukcjach używa się naprawdę niebezpiecznej broni (miecze, szable, bagnety) i trzeba bardzo uważać, aby komuś nie zrobić krzywdy. Dlatego nie można tego typu broni powierzyć osobom o zachwianej równowadze emocjonalnej.
Powinno się także kontrolować trzeźwość biorących udział w inscenizacjach. Może to oburzy niektórych, ale nie powinno być miejsca dla tych, którzy nadużyli alkoholu, gdyż stwarzają oni poważne zagrożenie. Problemu tego nie powinno się bagatelizować (...)
 
Typy rekonstrukcji 
Udział w mniejszych czy większych „bitwach” jest głównym magnesem przyciągającym ludzi do grup zrzeszających rekonstruktorów. To najbardziej atrakcyjna forma działalności większości grup rekonstrukcyjnych. Spróbujmy dokonać przeglądu różnorodnych form, w jakich przejawia się ich działalność.
W zakres pojęcia rekonstrukcja historyczna wpisują się różnorodne formy działań. Najpowszechniejsze są inscenizacje historyczne. Z reguły organizuje się je dla upamiętnienia jakiegoś ważnego wydarzenia w regionie. Najczęściej to właśnie je określa się tym nie do końca precyzyjnym mianem „rekonstrukcji historycznych”. Inscenizacje przypominają wydarzenie, bitwę, wymarsz wojska, złożenie przysięgi itp. Najczęściej splatają się z historią konkretnego miejsca. Są zapowiadane z dużym wyprzedzeniem, zarówno w mediach lokalnych, jak też w formie plakatów, afiszy, transparentów. Zapowiedzi te znajdują się także na stronach internetowych: grup biorących udział w inscenizacji, władz lokalnych, a także na portalu dobroni.pl oraz za pośrednictwem  jednego z najbardziej popularnych portali społecznościowych, jakim jest Facebook. 
Najczęściej inscenizacje organizowane są w miejscach, w których rozgrywały się przypominane wydarzenie z przeszłości. Są regionalną atrakcją, która przyciąga tłumy ludzi. Stają się częścią historii regionu, gdyż są urządzane co roku bądź cyklicznie, co kilka lat (przede wszystkim gdy jest obchodzona tzw. okrągła rocznica). Niejednokrotnie mają nie tylko regionalny, ale i znacznie szerszy zakres, zwłaszcza gdy historia regionu splata się z historią państwa. Zakres i rozmach zależą przede wszystkim od wielkości środków finansowych przeznaczonych na ten cel.  
Inscenizacje historyczne są organizowane w miejscach ustalonych i zaakceptowanych przez władze. Są zaplanowane od dawna, a prace nad ich realizacją trwają nawet kilka miesięcy (zaproszenie grup, napisanie scenariusza, ustalenie wszystkich wymogów organizacji widowiska i zasad bezpieczeństwa, pozyskanie środków finansowych itp.). W przypadku organizowania inscenizacji w miastach dochodzi także kwestia wyłączenia miejsca inscenizacji z ruchu ulicznego.
Bywają takie inscenizacje, które dzieją się w mieście, gdzie organizatorzy dbają o to,  by inscenizacja osadzona była w autentycznych realiach. W 2008 r. Kaliszu odegrano  pierwsze dni niepodległości w 1918 r.
Wszystkie współczesne elementy wystroju budynków i ulic zostały usunięte bądź zasłonięte. Z kolei w Mszczonowie na rynku przedstawiono sceny z walk września 1939 r. W obu tych przypadkach zadbano o możliwie jak największy realizm historyczny tych fragmentów miasta, w których odbywała się inscenizacja. W Mszczonowie poproszono mieszkańców, aby zakleili okna, tak jak nakazywały to rozporządzenia z 1939 r., a także uczyniono to na budynku Urzędzie Miasta (dostarczono wzory i taśmy).  Na ogół jednak infrastruktura miejska pozostaje niezmieniona (...)
 
W stronę profesjonalizmu
Jakie inne cechy wyróżniają dobrą, profesjonalną inscenizację historyczną? Na pewno powinna być zrealizowana na podstawie dobrze przemyślanego scenariusza. Na ogół pisze go jeden z organizatorów lub czasami zawodowy historyk. To od autora scenariusza zależy poziom rekonstrukcji, jej atrakcyjność i wierność w odniesieniu do realiów przeszłości. Scenariusz powinien uwzględniać wiedzę o wydarzeniu, realia historyczne, ale i współczesne; zbyt skomplikowane i liczne epizody mogą spowodować, że nie wszystko pójdzie zgodnie z  planem. 
Poziom inscenizacji, zwłaszcza militarnej, zależy od środków finansowych. Pieniądze są potrzebne na ściągnięcie sprzętu, nie tylko rekonstrukcyjnego, ale tego związanego z zapleczem (nagłośnienie, zabezpieczenie terenu, sanitariaty). Pozwalają też na zatrudnienie dobrego pirotechnika, który przygotuje różnorodne efekty specjalne (a to są koszty niebagatelne). Dobrze, jeśli starczy środków na symboliczną grochówkę dla rekonstruktorów i widzów (ci ostatni otrzymują ją za symboliczną opłatą lub za darmo). Będą one potrzebne na profesjonalnego lektora z dobrą dykcją i orientacją w przebiegu widowiska. Jest on bardzo pomocny, zarówno dla rekonstruktorów, którzy słyszą, co zapowiada, a przede wszystkim dla widzów, którzy są informowani o kolejnych epizodach. Zdarzają się lektorzy nieumiejący dopasować się do tego, co się dzieje, albo tylko beznamiętnie czytający tekst lub też snujący jakieś wspomnienia.
W rekonstrukcji historycznej najważniejsi są rekonstruktorzy. Od ich umiejętności, zgrania i zachowania zależy, jak  to ocenią widzowie. A przede wszystkim, czy to, czego doświadczyli, wywoła refleksje, zainspiruje do sięgnięcia po jakąś publikację, a może tylko do rozmów przy kolacji, zwłaszcza o historii ich małej ojczyzny. Jeżeli tak, to cel inscenizacji został osiągnięty.
Widzowie często tuż po zakończeniu inscenizacji podchodzą do rekonstruktorów. Zadają pytania, ale i opowiadają o historii własnej rodziny. Okazuje się czasami, że przed rekonstruktorem można się „otworzyć”, a przed historykiem mówiącym o tym samym na wykładzie już nie zawsze. Rozmowę z rekonstruktorem cechuje mniejszy dystans, ponadto można zrobić sobie z nim zdjęcie. Zostaje pamiątka i miłe wspomnienie.
 
Więcej przeczytacie w artykule Jana Chańko i Jolanty A. Daszyńskiej „Rekonstrukcja historyczna: hobby, pasja, komercja?“ w najnowszym wydaniu (6/2015) ‚Wiadomości Historycznych“
 


Dno oka, czyli wrażenia chorego człowieka z sesji egzaminacyjnej z WOS-u. 

O sobie powiem tyle, że jestem nauczycielem. Nauczycielem historii i wiedzy o społeczeństwie. Przed wprowadzeniem Reformy Reformy protestowałem przeciw niej, co powinno być zanotowane w protokołach sekcji dydaktycznej PTH, w której posiedzeniach miałem zaszczyt uczestniczyć. Protestowałem też u Pana Prezydenta RP Bronisława Komorowskiego, który był łaskaw mnie zaprosić. Mógłbym teraz triumfalnie powiedzieć: a nie mówiłem! I mówię to, lecz ze smutkiem.  
 
Egzamin
Wasz egzaminator zdołał sprawdzić 59 prac. W jego komisji średnia nauczycielska wyniosła około 49 prac, co chyba wystawia autorowi dobre świadectwo. Przynajmniej w dziedzinie ilości. Mógłbym sprawdzić i więcej, lecz postanowiłem sobie wynotować najczęstsze błędy, które popełniali uczniowie. Zadań testowych było 39. Wynotowałem sobie 7 pytań, co nie oznacza, że z innymi było o wiele lepiej. Raczej nie. Proszę jednocześnie odstąpić od posiłkowania się danymi ze znanych periodyków. To dobre na plaży. Tymczasem czeka nas nowy rok szkolny. Lecz ad rem. 
        Zadanie 11 – nazwy województw o takim samym stopniu bezrobocia; podkarpackie i lubuskie. Na 59 zadań 41 źle zrobionych. Łącznie – 69%.
Zadanie 13 – plan polityczny Bliskiego i Środkowego Wschodu. Do rozpoznania z opisu; Gruzja, Afganistan, Irak. Na 59 zadań źle zrobionych lub niezrobionych 48. Łącznie – 81%. 
Zadanie 14 – teoria państwa. Jean Jacques Rousseau lub John Locke. Teoria umowy społecznej. Na 59 zdań zrobionych źle 50. Łącznie – 84%. 
      Zadanie 24 – plan polityczny Europy. Opis aktualnego stanu państwa. Do rozpoznania: Szwajcaria, Wielka Brytania, Rosja. Na 59 zdań źle zrobionych 50. Łącznie 84%.
Zadanie 34 – struktura wewnętrzna ONZ: Zgromadzenie Ogólne, Sekretarz Generalny, Rada Bezpieczeństwa. Zadań zrobionych źle 39 na 59. Łącznie – 66%.
      Zadanie 35 – szwedzko-polsko-szwedzki projekt polityczny wobec Rosji i krajów post radzieckich: Partnerstwo Wschodnie. Złych zadań 55 na 59. Łącznie – 93%. Rekord.
      Zadanie 39 rozbudowane – na podstawie tekstu źródłowego trzeba było napisać o współczesnej współpracy międzypaństwowej. Egzaminatorowi (to nie ja) chodziło o to, aby w zapisie znalazły się: polityka, gospodarka i kultura. Niby proste. Złych zadań 51 na 59. Łącznie – 86%.
Nie robiłem tego, aby policzyć liczbę nietkniętych ww. zadań. Lecz dwie z tych danych wciąż pamiętam: w zdaniu 13 liczba tego typu braków to 17 zadań na 59 (28%), a w zadaniu 35 to 32 zadania na 59 (54% – znowu rekord).
Oczywiście mogłem mieć zwykłego pecha i nauczyciel matematyk mógłby mi to udowodnić. Lecz ja sprawdzałem prace z 4 szkół. Pewnie zatem był to pech seryjny. 
 
Wnioski post egzaminacyjne
Zadania 11, 13 oraz  24 dotyczą korelacji wiedzy z geografii politycznej. W wypadku Polski nieznajomość mapy WŁASNEGO KRAJU sięga powyżej 2/3! O województwach nie wspomnę. Nazwy podlaskie i pomorskie padły aż 34 razy, czyli 57%. W relacji do zadań niezrobionych prawidłowo wygląda jest znacznie gorzej – to aż 82%! 
Znajomość polityczna mapy świata i… Europy jest wręcz tragiczna – mapę terenów pozaeuropejskich znało tylko 19% abiturientów, europejskich – 16 %. Najczęstsza odpowiedź to ustawiczne mylenie Szwajcarii z Austrią (mapa Europy).
Stawiam pytanie: jaka jest korelacja geografii z wiedzą o społeczeństwie? To pytanie retoryczne oczywiście – to właśnie te 16 do 19%.
      Zadanie 14 wiąże się głównie z nauką o filozofii oświecenia na historii. Lecz spora część zdających WOS, historii nie zdaje. Efekt – 84 % odpowiedzi błędnych.
Stawiam ponowne pytanie: jaka jest korelacja historii z wiedzą o społeczeństwie? Sami sobie, czytelnicy, odpowiedzcie. 
       Zadanie 35 wymagało orientacji w bieżącej publicystyce politycznej: telewizyjnej, radiowej czy wreszcie gazetowej. Niestety – czytamy – jak się wydaje „Przegląd Sportowy”. A i to, tytuły.
Podobnie z zadaniem 39 – choć to wymagało zrozumienia tekstu na bieżąco. Dosłownie – 10 ZDAŃ! Efekt – fatalny, 86% błędnych odpowiedzi.
Jedynym zadaniem z wiedzy o społeczeństwie było pytanie o wewnętrzne instytucje ONZ – 34. Faktycznie wykazało ono braki w tej dziedzinie. Lecz tylko dla 2/3 sprawdzonych abiturientów. A swoją drogą: jak to się ma do lansowanej tezy, że nie uczymy na pamięć, lecz uczymy myśleć? Przecież to tzw. pamięciówa! Czy Ministerstwo Edukacji (lansujące to podejście) wie, co robi Centralna Komisja Egzaminacyjna? Przypuszczam, że nie. Wszak w pięknym kraju nad Wisłą prawica nigdy nie wie, co robi lewica. I odwrotnie. Całe szczęście, że to nie ja tych maturzystów uczyłem. Ja przecież robię to lepiej. Chyba. 
 
Wypracowanie
Tematy do wypracowań były trzy. 
Temat 1. Scharakteryzuj – odwołując się do typowych rozwiązań prawnych klasycznego systemu parlamentarno-gabinetowego, semiprezydencjalizmu i modelu kanclerskiego – relacje między organami ustawodawczymi a wykonawczymi w Rzeczypospolitej Polskiej.
 
Temat 2. Scharakteryzuj ład światowy w ostatnim półwieczu, ustosunkowując się do podkreślonej oceny autora tekstu. 
Materiał źródłowy. Nikt już nie kwestionuje tezy, że żyjemy w czasach bezprecedensowych zmian społecznych, politycznych, gospodarczych i kulturalnych, które zachodzą dziś na arenie międzynarodowej. Jest to efekt rozpadu w latach 1989–1991 tzw. porządku jałtańsko-poczdamskiego, globalizacji i budowy nowego systemu międzynarodowego, który wyraźnie ewoluuje w kierunku ładu wielobiegunowego (multipolarnego).
Źródło: J.M. Fiszer, Euroatlantycki system bezpieczeństwa międzynarodowego w multipolarnym świecie, „Biuletyn Analiz i Opinii”, nr 4/2013, www.isppan.waw.pl
 
Temat 3. Porównaj proces legislacyjny w Rzeczypospolitej Polskiej i w Stanach Zjednoczonych Ameryki. Materiał źródłowy był rysunkiem poglądowym z procesu legislacji w USA.
Na 59 prac 12 abiturientów nie napisało jej w ogóle – co daje 20%. Następnych 9 prac nie podlegało ocenie ze względu na rozminięcie się z tematem, co daje 15%. Łącznie 35% prac nie mogło zostać ocenionych. Ponieważ jestem nauczycielem już dość starym, kolejnych 7 prac (11%), powinno zostać zdyskwalifikowanych ze względu na liczne błędy stylistyczne, gramatyczne, metodyczne, ortograficzne i chaos myślowy. Niestety klucz odpowiedzi nie pozwalał mi na to. Łącznie to 46% prac nienadających się do oceny – blisko połowa.
Na napisanie egzaminu uczeń ma 180 minut. Z czego wynika, że na napisanie wypracowania abiturient powinien mieć około 120 minut. Lecz to dla nas – zawodowców. Poprosiłem kolegów pilnujących podczas egzaminu, aby policzyli, jaki jest rzeczywisty czas maturzysty na napisanie pracy. Otóż jest to 60 do 75 minut! Klucz do napisania wypracowania czcionką rozmiaru 12 to dwie strony! Gdyby to ścieśnić – wyszłoby półtorej. Tymczasem 49 prac na 59 to 2 i ½ strony, czyli 83%.
    Ponawiam pytanie: jaka jest korelacja między nauczaniem języka polskiego a wiedzą o społeczeństwie?
Wnioski autora Ireneusza Wywiała przeczytacie w drugiej części artykułu "Dno oka" w najnowszym wydaniu (5/2015) Wiadomości Historycznych.



Wielkość i upadek Hanzy – prekursorki EU

Przez kilka stuleci Hanza była cichym bohaterem Starego Kontynentu. Prekursorka Unii Europejskiej nie miała formalnoprawnego statutu, własnych urzędników, a tym bardziej własnego majątku, a mimo to przez ponad 400 lat skutecznie broniła interesów handlowych kupców północnoniemieckich i nadbałtyckich. 
(…) Powstanie Hanzy ściśle wiązało się z rozwojem handlu kupców północnoniemieckich na Bałtyku i na Morzu Północnym. Rozwój demograficzny Europy w XII i XIII w. oraz związane z nim przemiany gospodarcze, jak np. urbanizacja i powstanie regionów wyspecjalizowanej produkcji rzemieślniczej, doprowadziły do silniejszej integracji strefy bałtyckiej z europejskim systemem gospodarczym. Na Zachodzie pojawiło się duże zapotrzebowanie zarówno na żywność (zboże, śledzie, suszone ryby), futra, jak i surowce, głównie produkty leśne (drewno, wosk, smołę, dziegieć, popiół) wykorzystywane m.in. w produkcji sukna oraz do budowy statków.
Drugim czynnikiem, który umożliwił powstanie niemieckiej Hanzy, był rozwój w XII i XIII w. w środkowej i północnej Europie miast, które nie tylko były centrami handlowymi i ośrodkami produkcji rzemieślniczej, lecz także zdołały uzyskać znaczny zakres autonomii ustrojowej i niezależności od władzy terytorialnej. Największe miasta stały się w XIII w. faktycznie niezależnymi podmiotami życia politycznego Rzeszy Niemieckiej. Od połowy XII w. kupcy z krajów północnoniemieckich coraz aktywniej zaczęli uczestniczyć w handlu bałtyckim. Wiązało się to z jednej strony z podbojem i uzależnieniem politycznym przez władców niemieckich zamieszkałych przez Słowian ziem między dolną Łabą i Odrą, z drugiej zaś z niemieckim osadnictwem wschodnim.
W 1143 r. hrabia Holsztynu Adolf II von Schauenburg założył nad rzeką Trawą, ok. 20 km od jej ujścia do Bałtyku, miasto, które miało przejąć funkcje handlowe zniszczonej kilka lat wcześniej, położonej 5 km w dół rzeki słowiańskiej osady Liubice (tzw. Stara Lubeka). Dogodne położenia miasta – nazwanego od swojej słowiańskiej poprzedniczki Lubeką – sprawiło, że zaczęło ono przyciągać licznych osadników z Westfalii i Dolnej Saksonii. Pozycję Lubeki wzmocniła ponowna lokacja dokonana w 1159 r. przez najpotężniejszego władcę północnych Niemiec, księcia saskiego Henryka Lwa. 
Korzystając z portu lubeckiego i książęcego poparcia, kupcy dolnoniemieccy rozpoczęli ekspansję na szlakach bałtyckich, której kolejne etapy wyznaczają uzyskanie w 1161 r. ochrony prawnej na Gotlandii, wyspie stanowiącej bardzo ważną stację pośrednią w żegludze do południowo-wschodnich wybrzeży Bałtyku, otrzymanie na przełomie 1191 i 1192 r. prawa do założenia kościoła św. Piotra i własnego dworu w Nowogrodzie, założenie w 1201 r. u ujścia Dźwiny do Bałtyku miasta Rygi i osiedlenie się w niej w 1211 r. licznej grupy kupców niemieckich z Gotlandii (…)
 
W ciągu XIII w. kupcy z miast północnoniemieckich zdołali opanować nie tylko główny szlak morski handlu bałtyckiego z Lubeki do Nowogrodu, lecz także zdobyli wpływy na jego lądowych odgałęzieniach, na szlaku prowadzących w głąb Rusi, do Pskowa, Połocka i Smoleńska, na tzw. drodze czarnomorskiej z Gdańska na południe przez ziemie polskie i Ruś do Morza Czarnego, a od końca XIII w. w handlu hanzeatyckim znaczenia nabrała „droga wiślana” łącząca Bałtyk przez Toruń i Kraków ze słowackimi kopalniami miedzi. 
W XIII w. do strefy wpływów gospodarczych Hanzy zostały również włączone północne wybrzeża Bałtyku. Udział w lokacji Sztokholmu (ok. 1251 r.) zapewnił kupcom, a także rzemieślnikom i górnikom niemieckim dostęp do położonych w środkowej Szwecji kopalni rud żelaza i miedzi. Duże rozmiary przybrała również imigracja niemiecka do miast na Półwyspie Jutlandzkim (…)
 
Wzdłuż i wszerz
Funkcjonowanie handlu opierało się na bezpośrednim dostępie kupców dolnoniemieckich do bałtyckiej strefy pozyskiwania żywności i surowców oraz do rynków zachodnioeuropejskich, na których sprzedawano towary nadbałtyckie i kupowano artykuły luksusowe. Główna oś handlu hanzeatyckiego łączyła Nowogród Wielki i ziemie ruskie przez Bałtyk i miasta wendyjskie na czele z Lubeką, z Flandrią i Londynem. Od końca XIII w. coraz istotniejszą rolę w handlu między wschodem a zachodem Europy zaczęły odgrywać miasta pruskie (Toruń, Elbląg, Gdańsk), których zaplecze gospodarcze obejmowało państwo zakonne, ziemie polskie, Śląsk, Ruś Czerwoną i słowackie kopalnie miedzi. 
Od XIV w. kontakty handlowe kupców hanzeatyckich sięgały już nawet do położonych nad Atlantykiem portów francuskich, skąd przywożono przede wszystkim sól i wino, oraz do Lizbony, która była ważnym ośrodkiem handlu korzeniami i przyprawami. Za sprzedawane w Brugii lub Londynie towary „wschodnie” hanzeaci nabywali i eksportowali do strefy bałtyckiej towary luksusowe: sukno, wino, korzenie, przyprawy i niektóre gatunki piwa. Z towarów masowych większą rolę w eksporcie nad wschód odgrywała sól (…)
 
Członkostwo Hanzy można było uzyskać zasadniczo na dwa sposoby. Do połowy XIV w. miasto stawało się częścią wspólnoty hanzeatyckiej niejako automatycznie, w wyniku udziału jego kupców w handlu. Od drugiej połowy XIV w. o przyjęciu bądź wykluczeniu decydował zjazd hanzeatycki. 
Funkcję nieformalnego przywódcy związku hanzeatyckiego pełniła Lubeka, nazywana często głową Hanzy. W mieście nad Trawą najczęściej odbywały się zjazdy ogólne, a jego rajcy, już od połowy XIII w., występowali na zewnątrz w imieniu całej wspólnoty. Z tej funkcji nie wynikały jednak dla Lubeki żadne szczególne prawa, które dawałyby jej władzę nad innymi miastami. Jedynym jej konkretnym uprawnieniem było, od XV w., prawo do przewodniczenia obradom w czasie zjazdów ogólnych.
 
Struktura
Hanza, jako wspólnota kupców i autonomicznych gmin miejskich, nie miała organów i instytucji, które umożliwiałby trwałe sterowanie procesem decyzyjnym lub wymuszanie na członkach respektowania uchwał przyjętych na zjazdach ogólnych. Niepowodzeniem zakończyły się podejmowane z inicjatywy miast wendyjskich od lat 60. XIV w. próby stworzenia bardziej skutecznych mechanizmów kierowania związkiem i podejmowania decyzji. Martwą literą pozostały uchwały zjazdów zobowiązujących wszystkich członków do przestrzegania decyzji podjętych przez większość (1369 r.), precyzujących warunki przynależności do Hanzy (1418 r.) czy wprowadzających kary za nieusprawiedliwioną nieobecność na zjeździe (1441 r.).
Gdy w XV w. wzrosło w północnych Niemczech zagrożenie autonomii miejskiej ze strony rosnących w siłę władców terytorialnych, miasta, nie mogąc liczyć na wspólną akcję polityczną w ramach struktur Hanzy, zaczęły zawierać na określony czas ściślejsze związki, nawiązujące do tradycji regionalnych konfederacji miejskich. Ich członkowie zobowiązywali się do wystawienia kontyngentów wojskowych i udzielenia pomocy zbrojnej na wypadek ataku ze strony władcy terytorialnego. 
 
Zagrożenie
W wyniku zmian zachodzących w strukturze gospodarczej i politycznej późnośredniowiecznej Europy została podważona dominująca pozycja kupców północnoniemieckich w handlu między strefą bałtycką a Zachodem. W północnej Europie zaznacza się od schyłku XIV w. proces wzmacniania władzy państwowej. Książęta, tworząc silne, scentralizowane władztwa terytorialne, ograniczali autonomię gmin miejskich i uniemożliwiali im prowadzenie samodzielnej polityki zewnętrznej. 
Szczególnie niebezpieczne okazały się zmiany zachodzące w regionach położonych na krańcach głównej osi handlu hanzeatyckiego. Zjednoczenie przez książąt Burgundii większej części Niderlandów sprawiło, że Hanza nie mogła już w obronie własnych interesów wykorzystywać rozbicia politycznego tego regionu, a ekspansja terytorialna Wielkiego Księstwa Moskiewskiego w kierunku Bałtyku i zajęcie w 1478 r. Nowogrodu przez Iwana III doprowadziły do zamknięcia kantoru św. Piotra w 1494 r. Wzmocnienie struktur władzy politycznej w Danii, a później także w Szwecji sprawiło, że w pierwszej połowie XVI w. Hanza utraciła ostatecznie wpływy polityczne w Skandynawii.
Efektem rozwoju gospodarczego Anglii i Holandii była rosnąca w XV w. liczba kupców niehanzeatyckich docierających drogą morską wokół Półwyspu Jutlandzkiego, a więc z pominięciem pośrednictwa Lubeki, do krajów bałtyckich. W drugiej połowie XV w., gdy statki holenderskie przejęły wywóz zboża do Niderlandów, ostatecznie została złamana dominacja hanzeatów w tranzycie między Bałtykiem a strefą Morza Północnego. 
U schyłku średniowiecza przyszło więc hanzeatom działać w znacznie trudniejszych warunkach politycznych i gospodarczych, co powodowało z kolei pogłębianie się różnic ekonomicznych między poszczególnymi regionami i miastami Hanzy. Partykularne interesy znacznie utrudniały, a często nawet uniemożliwiały efektywne działanie wspólnoty opartej na dobrowolnej ugodzie wszystkich członków. 
W XVI w. większość morskich miast Hanzy zdołała jednak odbudować swoją pozycję ekonomiczną i czerpała korzyści z pomyślnej koniunktury gospodarki europejskiej. Nowe warunki gospodarcze i polityczne wymagały jednak zmiany dawnej struktury organizacyjnej opartej na władzy powszechnego zjazdu delegatów miast. W celu usprawniania procesu decyzyjnego w połowie XVI w. powołano urząd syndyka, który kierował działaniami Hanzy i reprezentował ją wobec władców. 
Wobec rosnących różnic między interesami największych miast hanzeatyckich, pogłębionych w czasie kryzysu, który nastąpił po wojnie trzydziestoletniej (1618–1648) delegaci zebrani na zjeździe w Lubece w 1669 r. postanowili rozwiązać Hanzę, a prawo do opieki nad zagranicznymi przedstawicielstwami kupców powierzono Lubece, Hamburgowi i Bremie. 
 
Więcej przeczytacie w artykule Romana Czaji „Wielkość i upadek Hanzy” w najnowszym wydaniu (4/2015) „Wiadomości Historycznych”. 

 

Muzea sprzymierzeńcem szkoły

 
Polska ma ciekawe tradycje muzealne. Zapoczątkowały je średniowieczne kolekcje kościelne. Ekspozycje świeckie zaczęły powstawać w XVI wieku. Miały one charakter galerii sztuki lub tzw. gabinetów osobliwości, dlatego też za pierwsze muzeum na ziemiach polskich uważa się Świątynię Sybilli z towarzyszącym jej Domkiem Gotyckim w Puławach, zbudowaną na początku XIX wieku z inicjatywy Izabeli Czartoryskiej. 
 
Pierwsze polskie muzea
Wkrótce powstały następne. Gromadzono w nich głównie  zabytki i pamiątki narodowe, które chętnie pokazywano większej publiczności. Reprezentowały one świat narodowych pragnień, wyobrażeń, lęków, legend czy wręcz bajek. Placówkami naukowymi i dydaktycznymi stały się one dopiero po 1918 roku. Dziś w Państwowym Rejestrze Muzeów znajdujemy 121 (bez oddziałów) takich podmiotów. Znacznie więcej z nich prowadzą samorządy, organizacje pozarządowe, instytucje kościelne, osoby prawne i fizyczne. Ich liczba z pewnością przekracza 1000. 
Muzea od dawna cieszą się dużym zainteresowaniem dydaktyków historii. Świadczą o tym liczne opracowania metodyczno-instruktażowe. Muzea traktowano w nich na ogół jako placówki pełniące funkcje wspomagające proces nauczania i uczenia się historii oraz wzbogacające warsztat pracy nauczyciela. Lekcje muzealne uważano za jedną z pozaszkolnych form kształcenia, kojarzoną z wycieczkami. Prawdę mówiąc, nie wiązano z nimi nadzwyczajnych oczekiwań z racji towarzyszących im trudności organizacyjnych i kompetencyjnych. Wykraczały one bowiem poza szkolny system klasowo-lekcyjny, obowiązujące programy nauczania, kwalifikacje nauczycieli i muzealników oraz akceptowane sposoby formułowania celów kształcenia. Były więc bardziej propozycją niż rzeczywistością dydaktyczną.
 
Czas na zmiany
Obecnie sytuacja bardzo się zmieniła. Jak zauważa Barbara Wagner, w Polsce można odnotować ciekawy i zapewne dłuższy proces. Po pierwsze – tradycyjne nauczanie, skupione w szkołach, traci swą moc. Zaledwie kilka procent maturzystów wybiera historię na egzaminie dojrzałości. Nauczanie w placówkach szkolnych zostało poddane presji testów i ewaluacji zewnętrznej, dlatego przestaje, tak jak dawniej, kształtować kulturę historyczną. Po drugie – rolę kulturotwórczą i edukacyjną przejmują inne instytucje, z muzeami na czele. 
Muzea starają się zająć coraz więcej miejsca wśród podmiotów kształtujących świadomość historyczną społeczeństwa. W tym celu przeszły od praktyki „sakralizacji” obiektów i popularyzacji wiedzy (działalność oświatowa) do aktywności edukacyjnej (aktywne uczestnictwo w obcowaniu z historią, zmierzające do „zmieniania ludzi” przez kształtowanie postaw i nawyków pożądanych w demokracji). 
Dokonało się w nich przesunięcie nacisku z wiadomości przyswajanych (model pasywno-komplementacyjny) na wiedzę zdobywaną i użytkowaną samodzielnie (model aktywno-refleksyjny). W wielu wypadkach muzea stworzyły ofertę ciekawszą od tej, którą dysponują szkoły (...)
 
 
Muzea sprzymierzeńcem szkoły
Muzea są więc najbardziej naturalnym sprzymierzeńcem szkoły. Otwierają drogę do celów i efektów, o których trudno nawet myśleć w zamkniętych przestrzeniach klasowych. Są one przecież miejscami i nośnikami historii, komponentami kultury pamięci, ogniwami komunikacji społecznej i ośrodkami oddziaływania społecznego, a także ważnymi miejscami uczestnictwa w kulturze. Dobrze wpisują się w tzw. przewrót polisensoryczny (wzajemne wspomaganie procesu dydaktycznego przez słowo, obraz, dźwięk, zapach, dotyk itd.). Przewyższają one pod tym względem internet, który – mówiąc pół żartem, pół serio – wielu młodych ludzi uważa za najbardziej przyjazne środowisko człowieka.
Muzea mogą być znakomitym miejscem namysłu nad przenikaniem się przeszłości, teraźniejszości i przyszłości. Wizyta w muzeum uruchamia bowiem proces poznawczy […], który łączy poznawanie historii z autorefleksją egzystencjalną, tzn. refleksją nad własnymi postawami, opiniami i zachowaniami. Proces ten staje się komponentem myślenia o nas samych w teraźniejszości i przewidywanej przyszłości. Wyzwala to twórczą aktywność uczniów, pobudza ich osobiste doświadczenia, skłania do działania. Pozwala na dostrzeżenie wielości faktów i problemów, składających się na holistyczny obraz świata, w postaci synchronicznej i kontekstualnej. Uczy postrzegania problemów w ciągach logicznych i współzależnościowych. 
Miejsca te są też swoistym poligonem, na którym następuje nie tylko przyswajanie, lecz także weryfikacja i konkretyzacja wiedzy historycznej. Sprzyja to integracji myślenia konkretno-przedmiotowego z teoretyczno-abstrakcyjnym. Pomaga w realizacji ważnej dla pedagogiki zasady poglądowości. Dzięki możliwości swobodnej obserwacji i interpretacji zabytków dokonuje się aktywizacja spostrzeżeniowych i wyobrażeniowych schematów poznawczych uczniów, ukształtowanych w szkole i poza nią. Pozwala to młodym ludziom zrozumieć, że historia dotyczy żywych ludzi, a nie wymyślonych opowieści. Przybliża sferę pojęć, symboli i znaczeń zmieniających się zależnie od perspektywy, z jakiej są widziane (...)
Organizując współpracę szkół z muzeami, warto mieć świadomość pewnych zmian, jakie zachodzą obecnie w polskim muzealnictwie lub w jego otoczeniu. Dokonują się one za sprawą rozwoju badań naukowych oraz przemian kulturowych, które przyniósł rozkwit demokracji w świecie, postmodernizm i rozwój nowoczesnych technologii. Ich znajomość pozwoli na skonkretyzowanie celów i efektów kształcenia.
 
Muzea percepcyjne
Współczesne muzea, realizując swoje zadania, preferują dwa modele edukacyjne: percepcyjny i partycypacyjny. Rzecz jasna, są one tylko ramą, w której mieści się wiele form pośrednich. 
Percepcyjny model działalności muzealnej nawiązuje do tradycji. Konserwuje przekonanie, że muzea są „świątyniami pamięci”, „kamieniami pamiątkowymi”, a muzealnicy niezastąpionymi ekspertami od zagadnień, którymi profesjonalnie się zajmują. Jest to model odwołujący się do dyskursu reproduktywnego. Jego przeciwnicy twierdzą, że tego typu muzea operują przestarzałymi koncepcjami i narzędziami oddziaływania. Sugerują, że tak traktowany przekaz muzealny dokonuje się głównie w sferze wiedzy i prostych emocji. Tworzy przez to archaiczny system uczestnictwa. Odbywa się on w ograniczonej przestrzeni poznawczej. Organizatorzy wystaw całkowicie nad nią panują. Wyznaczają nawet trasy zwiedzania, często nie dając możliwości wyboru drogi między obiektami. Stosują jednolitą i linearną narrację naznaczoną nadmiernym mentorstwem. Muzea te dążą do administrowania wiedzą, instytucjonalizacji pamięci, tworzenia „kompletnej kolekcji” zbiorów, spełniania funkcji fotografii określonych czasów lub spraw. Preferowana tematyka wystawiennicza, w odróżnieniu od tendencji w kulturze i nauce, rzadko się zmienia. Muzea eksperckie często traktują odwiedzających jako „kłopotliwych przybyszów” lub co najwyżej gości, którym należy się muzealnicza „usługa”. Zdaniem krytyków muzeum percepcyjne w rzeczywistości niczego nie wyjaśnia, samo wymaga wyjaśnienia. Do tego typu placówek należą głównie duże muzea sztuki. Wymieńmy tu chociażby Zamek Królewski w Warszawie.
 
Muzea partycypacyjne
Inny model uczestnictwa kreują muzea typu partycypacyjnego. Dążą one do angażowania zwiedzających w odkrywanie, interpretowanie, przeżywanie i upamiętnianie. Starają się podążać za zmieniającą się rzeczywistością społeczną, a nie utartą teorią muzeologiczną23. W tym celu łączą wiedzę z kilku dziedzin życia. Wymaga to dopuszczania różnych teorii dydaktycznych i narracji alternatywnych (Co by było, gdyby…?), a nawet instalacji artystycznych24. Zbiory muzealne stają się w nich częścią koncepcji, nie kolekcji. Zostają zintegrowane z przekazem ustnym, filmowym, muzycznym, kartograficznym, modelami, symulacjami, w których widz ma swoje istotne miejsce, czas na wątpliwości i dyskusję. W muzeach partycypacyjnych perspektywa formalistyczna (uczenie o obiektach) została zastąpiona perspektywą refleksyjną (uczenie przez obiekty). W nowej optyce wiedza o obiektach, zabytkach przestała być bowiem równoważna z wiedzą historyczną. Taką placówką jest Muzeum Powstania Warszawskiego. W tej grupie jest też Państwowe Muzeum na Majdanku, które organizuje swoją aktywność dydaktyczną w ramach twórczo rozwijanej przez siebie pedagogiki pamięci. Dla nauczycieli jest to teoria warta poznania, gdyż może mieć swoje zastosowanie również w innych sytuacjach dydaktycznych.
 
Muzea poszukujące
Wśród tak definiowanych placówek funkcjonuje wiele muzeów poszukujących swego indywidualnego oblicza. Jak wynika z Raportu o stanie edukacji muzealnej w Polsce, przygotowanego w latach 2009–2011, muzea te nie zatrudniają na ogół historyków z gruntownym przygotowaniem pedagogicznym. Kreują oni intuicyjnie programy swoich działań. Choć często deklarują dystans do edukacji szkolnej, powielają jej doświadczenia. Ukierunkowanie na nowoczesność ma przeważnie uatrakcyjnić pobyt w placówce. W wypadku tego rodzaju instytucji nauczyciele organizujący wizyty w muzeum powinni wyjątkowo precyzyjnie określać swoje potrzeby dydaktyczno-wychowawcze. Muzealnicy mogą proponować zajęcia prowadzone za pomocą wypracowanych przez siebie metod, form i środków dydaktycznych, powinni jednak pozostawić nauczycielowi dużą autonomię w formułowaniu koncepcji lekcji w muzeum. Dzięki temu zostanie ona wkomponowana w szerszy kontekst tematyczny i dydaktyczny.
 
Na co powinien uważać nauczyciel?
Nauczyciele, planując współpracę szkoły z muzeami, powinni zastanowić się nad tym, jaką funkcję w nowoczesnej edukacji historycznej powinniśmy nadawać obiektom muzealnym. Wiele wskazuje na to, że dziś przypisujemy rzeczom zbyt duże znaczenie. Zajmują one pozycję autonomiczną i pierwszorzędną. Czasem nawet rzeczy zaczynają sterować procesem nauczania i uczenia się. Zapominamy, że każdy obiekt jest tylko częścią interpretacji wystawienniczej. Inaczej prezentuje się on na wystawie, a inaczej poza nią. Będąc w życiu jednym z wielu zwykłych przedmiotów, w muzeum staje się czymś wyjątkowym, czasem urasta do pierwszoplanowej lub symbolicznej roli. Zauważmy, że w metalowej misce eksponowanej w obozie koncentracyjnym nie znajdziemy niczego wyjątkowego. Wyprodukowano ją poza obozem. Być może nie była nawet w nim używana. Nie ma większej wartości materialnej ani artystycznej. W koncepcji wystawienniczej zajmuje jednak ważne miejsce, ponieważ nadajemy jej określone znaczenie. Jest więc drogocennym eksponatem tylko intencjonalnie (intencja organizatora i uczestnika wystawy). Przy takim rozumowaniu – zauważa Anna Ziębińska-Witek z Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie – magazyny muzealne nie są magazynami obiektów, lecz rezerwuarami znaczeń. Każe to nam traktować obiekty jako części szerszej koncepcji edukacyjnej. Swoją wartość poznawczą, kształcącą i wychowawczą zachowują one tylko w określonym kontekście. 
Kolejnym istotnym elementem w edukacji muzealnej jest model komunikacyjny, który występuje w relacjach między kustoszami wystaw a jej użytkownikami. Sytuacja, w której przekaz jest w pełni kontrolowany przez muzeum, jest współcześnie trudna do zaakceptowania. Model „transmisyjny”, w którym wiadomość przebiega wprost od wszechwiedzącego nadawcy do biernego odbiorcy, już się przeżył. Dziś komunikacja powinna być dwustronna. „Kłopotliwego przybysza” czy gościa powinien zastąpić użytkownik muzeów, którego należałoby traktować podobnie jak użytkownika bibliotek, archiwów lub internetu. Odwiedzający muszą być podmiotami wiedzy, a nie „oczami” do oglądania gablot czy obiektami administrowania. Muzeum ma reprezentować społeczności i kultury, a nie je tworzyć. Powinno budować przestrzeń otwartą na interakcje, pytania, wątpliwości i polemiki. W takim porządku zabytki pełnią funkcję medium w relacji między nadawcami a odbiorcami, a ekspozycje stają się wspólnymi rdzeniami różnych dyskursów, „strefami kontaktu” (aktu porozumienia międzyludzkiego) ludzi, którzy uświadamiają sobie w muzeum, co ich łączy. Postulowany model rewaloryzuje więc pozycję społeczności odwiedzającej muzea. Nauczycielowi gwarantuje pozycję animatora edukacji.
 
Więcej przeczytacie w artykule Andrzeja Stępniaka „Czy muzea są przyjaciółmi współczesnej edukacji? Nowe czasy“ w najnowszym wydaniu (4/2014) „Wiadomości Historycznych“.